Seniorzy na morzach świata “Senior jeszcze może”

Skompletowana 10 – osobowa załoga wyruszyła z Poznania przez Berlin, Paryż, na Martynikę. Tam był początek naszej przygody. W planach zostawiliśmy czas na jej zwiedzenie.
Martynika to terytorium zamorskie Francji. Porozumiewać się tam można wyłącznie po francusku chyba, że dopisze szczęście i spotka się Panią Małgosię – poznaniankę, która przed laty zamieszkała tu na stałe, bo jak mówi– lubi ciepło. Pani Małgosia pomogła nam rozwiązać wszystkie problemy i pokazała najpiękniejsze miejsca. 
Martynika to piękna wyspa, o której mówią, że wystarczy kij od miotły wsadzić w ziemię, a wyrośnie tu piękna roślina. To prawda– przyroda na Martynice jest wspaniała. Tam też urodziła się żona Napoleona Bonaparte – Józefina, której posąg bez głowy znajduje się na centralnym placu stolicy Port de France. Brak głowy to zemsta mieszkańców wyspy za wprowadzenie przez Napoleona –  właśnie za namową Józefiny – niewolnictwa, wcześniej przez niego zniesionego. Zwiedziliśmy tu wiele miejsc: piękny park przyrodniczy, plantacje trzciny cukrowej,  destylarnię najlepszego na świecie rumu – DEPAZ 1651 (łącznie z testowaniem gatunków), pierwszą stolicę Martyniki- Saint Piere, zniszczoną zupełnie w 1902 roku wybuchem pobliskiego wulkanu.

Po dwóch dniach zwiedzania Martyniki odebraliśmy jacht z mariny La Marin. Był to duży, luksusowy katamaran z czterema 2 – osobowymi kabinami, czterema łazienkami oraz ok. 120 m² żagla. Po minięciu  południowego przylądka Martyniki skierowaliśmy się na S z zamiarem odwiedzenia wszystkich wysp Archipelagu tzn. ST.Lucia, ST.Vincent & Grenadines, Grenady i Barbados. Dalej na południe była już Wenezuela – Południowa Ameryka. Tam nie popłynęliśmy, nie wystarczyło czasu… 
Przez lata wiejący zawsze ze wschodu pasat, tym razem zechciał wiać z SE (południowego wschodu), uniemożliwił więc nam bezpośredni „skok” z Martyniki na Barbados, gdyż żegluga zajęła by nam minimum dwie doby zamiast jednej. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić, bo czas wyprawy ograniczony był do 15 dni. Płynęliśmy więc na S, minęliśmy nocą  ST.Lucię i zatrzymaliśmy się przed południem na wyspie ST.Vincent w Zatoce Piratów- Vilalabou Bay, gdzie kręcono film „Piraci z Karaibów”. Ciekawe to miejsce : czarna plaża, pozostałości po „imperium piratów”, szubienica, trumny, ciekawe knajpki i Antonio, który, jak mówi- ma przyjaciół na całym świecie, co potwierdza obecność biało- czerwonej flagi na maszcie przed jego knajpką.
Ponieważ każda z wysp to inne państwo, zachodziła konieczność odpraw w biurze imigracyjnym i celnym– niezbyt to miłe i czasochłonne formalności, tym bardziej, że biura znajdują się tylko na niektórych wyspach. 
Po zatrzymaniu się na wyspie Bequia i Conovan rano zamierzamy popłynąć  na Tobago Cays. Torafa koralowa, małe bezludne wysepki, czyli Park Narodowy państwa ST. Vincent. Cumujemy do boi, płacimy za postój i za odwiedzenie Parku Narodowego. Jeszcze w poprzednim porcie wybraliśmy jednego z natarczywych miejscowych wypływających nam naprzeciw, jak tylko zobaczą, że chcemy wejść do portu i uzgodniliśmy sprawę jutrzejszego „grilla”, którego nam przygotuje. To Alfonso na pomarańczowej łódce.

Alfonso przygotował grilla bardzo pięknie na bezludnej karaibskiej wyspie. Były homary, wspaniałe w smaku grillowane ryby, sałatki, nawet ziemniaki. Cos wspaniałego, zapłaciliśmy za to 1000 ECD (ok. 430 USD). Pływaliśmy w maskach z rurkami po rafie, oglądaliśmy cudowności, zbieraliśmy ogromne muszle, ale nadszedł czas płynąć dalej…
Po kilkunastu godzinach żeglugi rzucamy cumy na keję w stolicy Grenady ST Georges, w ładnej nowoczesnej marinie ST. Luis. Znów paszporty, papiery, oczekiwanie. Ale za to rano wybieramy się małym busem na zwiedzanie  wyspy.
Grenada to najbogatsze państwo Małych Antyli. Objeżdżamy i oglądamy wspaniałe miejsca- jezioro w kraterze po wulkanie, kąpiemy się w wodospadach (Janusz – 77 lat nawet zrobił salto do tyłu z 4 metrów lepiej jak miejscowi, którzy oczekiwali za to pieniędzy – Janusz nie dostał nic), oglądamy najprzeróżniejsze rośliny – drzewa kakaowe (próbujemy nawet owoce – smaczne), goździkowe, gałki muszkatołowej, niezliczona ilość odmian bananów, drzewa waniliowe, cynamonowe, chlebowe, kokosowe palmy – wszystko tam jest, a my otwieramy szeroko oczy ze zdziwienia.

Jest niedziela – mieszkańcy idą do kościołów, których jest wiele, pięknie i kolorowo ubrani, koniecznie w kapeluszach – szczególnie panie. Wieczorem małe owocowe przyjęcie na jachcie, a rano ruszamy na północ w drogę powrotną. Najbardziej wysunięty na południe punkt, jaki osiągnęliśmy to 11 st 58 min N – ok. 700 Mm od równika.

Musimy wracać…

Wiatr znów nie taki, jaki powinien być, wieje z NE (w „morde wind”) i na dodatek dość silny– ok. 6 st B., duże fale oceaniczne– płyniemy na N, zatrzymujemy się jeszcze na wyspie Union, aby dokonać odprawy celnej i paszportowej (odprawa wyjścia z ST Vincent). Żeglujemy na N, ostry bajdewind, 6 st B, duża oceaniczna fala, trudna całonocna żegluga. Załoga w znacznej części choruje, wszyscy nosimy szelki bezpieczeństwa, skracamy wachty do dwóch godzin.  Jeszcze chcielibyśmy odwiedzić wyspę – państwo  ST. Lucia, w nocy wchodzimy więc do zatoki Rodney Bay (to słynna zatoka, tam kończą się coroczne regaty oceaniczne). Kotwica nie trzyma, rano zmieniamy kotwicowisko z lewej na prawa stronę zatoki. Trzyma. Zwiedzamy wyspę, małe zakupy i rano na Martynikę. Tam czekają na nas. 13.03.2016 roku, rano, o godz. 09.00 wchodzimy do portu. Tankujemy paliwo, cumy – KONIEC REJSU – niestety, a chciałoby się jeszcze…

W ciągu 15 dni od 27 lutego do 13 marca 2016 roku przepłynęliśmy 445,6 Mm, odwiedziliśmy 4 państwa, 10 portów, 8 wysp. Poznaliśmy bardzo miłych mieszkańców tych wysp np. Luisa Koko z zatoki Traumaka Bay, który nam pomagał przy cumowaniu, zarobił trochę pieniędzy od nas, dostał też trochę produktów żywnościowych, a nam w rewanżu przywiózł owoce, głównie orzechy kokosowe. Jego jedyny „majątek” to złamana deska surfingowa i pagaj z bambusa, a mieszkanie to szałas przy plaży, z którego wypatruje zawijające do zatoki jachty, „żegluje” na tej desce i pomaga jachtom przy cumowaniu. Niestety tę zatokę odwiedza niewiele jachtów.

Cudowna wyprawa, piękne przeżycia, spełnione marzenia.

Załoga:
Henryk Kociemba – kapitan, 
Bogdan Fischer – I oficer, 
Marceli  Figurski- II  oficer,
Anna Bresińska – oficer prowiantowy, 
Załoganci: Nina Przybylska, Janusz Każmierczak, Lena Preis, Izabela Łuczak, Adam Widok, Roman  Byty.

Średnia wieku członków załogi- 69,1 lat

Był to już ósmy Rejs Seniorów z cyklu  „SENIOR JESZCZE MOŻE” i mamy nadzieję, że nie ostatni… Ahoj żeglarze!

Henryk  Kociemba

One thought on “Seniorzy na morzach świata “Senior jeszcze może”

  • 13/10/2016 o 15:55
    Permalink

    Nareszcie coś optymistycznego – senior może wszystko! Najważniejsze, to chcieć.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.